POWOŁANI DO CIERPIENIA

Współczesnemu światu i żyjącym w nim osobom, trudno jest zrozumieć i przyjąć cierpienie. Niejednokrotnie staje się ono argumentem za tym, że nie ma Boga, bo skoro by On był to by nie pozwolił, aby cierpiało tyle osób. Warto zatem uświadomić sobie, że osoby chore zajmują wyjątkowe i szczególne miejsce pośród członków Kościoła. One uczestniczą w tajemniczy sposób w cierpieniu Pana Jezusa. To właśnie w nich jest najbardziej widoczne zjednoczenie z Panem Jezusem, który nie musiał, ale chciał i podjął cierpienie dla zjednoczenia się z każdym człowiekiem i doprowadzenia go do chwały Nieba.

Nie jest łatwo przyjąć cierpienie i pierwsze czy zaawansowane oznaki starości. Można zwątpić, załamać się, zamknąć się w swym bólu, ulec rozgoryczeniu, wpaść w rozpacz. Bóg jednak wzywa każdego kto cierpię do przyjęcia krzyża cierpienia, starości, inwalidztwa. Pociesza tymi słowami: „Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę” (Ap 3, 19).

Maryja wzorem

Twarde, płynące z miłości słowa żywego Boga znajdują potwierdzenie w życiu Najświętszej Maryi Panny. Jej całe życie nie było łatwe i proste, ale Ona przyjęła powołanie do cierpienia. To prawda, że jako człowiek była obdarzona wieloma darami, przywilejem Niepokalanego Poczęcia, wolnością od grzechu pierworodnego i wszelkiego innego grzechu. Ona urodziła nam Zbawiciela – Jezusa Chrystusa. Jednak jej życie nie było usłane różami, ale wieloma boleściami. Bóg niejednokrotnie stawiał ją w trudnych sytuacjach bo On tak właśnie traktuje swoich przyjaciół, tak jak Maryję – dlatego ma ich tak niewielu. Czy huragany nie przeszły przez życie Maryi? Czy ona, ofiarowana od maleńkości Bogu nie przeżywała trudnych prób? Jako młoda dziewczyna została poproszona przez Boga by zrezygnowała ze swoich planów i stać się Matką Syna Bożego. Zaraz po jej „Fiat”, kiedy dowiedziała się, że zostanie Matką Zbawiciela, okazało się, że nic nie wie na ten temat św. Józef. Była to więc jej pierwsza tragedia – nie było jej łatwo być brzemienną w takiej sytuacji.

Kolejną burzą dla Maryi był moment narodzin Jezusa. Każda matka, chce urodzić dziecko w przyzwoitych warunkach. Maryi to nie było dane. W zasadzie to nic nie mogła zabezpieczyć, bo do końca nie wiedziała gdzie będzie rodzić. Poród nie odbył się w domu, ale w stajni dla zwierząt. W takich oto warunkach urodził się najpiękniejszy z ludzkich synów. Wkrótce potem, wraz z przyjściem Mędrców, następne „trzęsienie ziemi” – prześladowanie Heroda. Dlaczego Bóg milczy i nie interweniuje w obronie Syna? A potem w dwa miesiące po narodzinach zmuszona była udać się na obczyznę, do nieznanego kraju, do Egiptu – gdzie nie było żadnego ludzkiego oparcia.

Czyż nie było dla niej próbą serca, wtedy, kiedy Jezus został w świątyni. Ewangelia mówi, że Maryja, nie rozumiała tej postawy – zachowywała Jezusowe słowa w swoim sercu. Dlaczego Jezus swojej Matce nie chciał powiedzieć czegoś więcej? Ona musiała na nowo uczyć się ofiarowania się, zawierzenia. Pan Bóg niczego jej nie ułatwiał, wszystko w Jej życiu ciągle było trudne. W czasie kiedy Jezus nauczał słuchała wielu ludzkich opinii, nieprzychylnych Jezusowi. Pogłębiało się Jej zawierzenie, tak że nawet sam Jezus dał ją za przykład: kto jest moją matką? Ci, którzy pełnią wolę Ojca mojego!

I dochodzimy do momentu śmierci Jezusa. Maryja, widziała śmierć swojego Syna. Trudno jest zgodzić się na cierpienie osób bliskich. Maryja jakby na nowo ofiarowuje się pod krzyżem. Zgadza się na Jego cierpienie i mężnie stoi, trwa. Ale także zgadza się być matką wszystkich ludzi, każdego z nas.

Mając tak wiele darów od Boga, ale doświadczając różnych, trudnych sytuacji Maryja przyjęła powołanie do cierpienia. Jeśli więc i nam jest w życiu źle i wydaje się, że Bóg milczy to pamiętajmy, że milczenie Boga jest inną formą Jego słowa, a nieobecność jest inną formą wszechogarniającej Obecności.

Jaki jest sens cierpienia?

Czasami przez cierpienie Bóg puka do drzwi serca i pragnie nawiązać kontakt. Niejednokrotnie ktoś przez cierpienie nawraca się. Pewien młody człowiek, obecnie ksiądz, był zapalonym sportowcem. Będąc dopiero w ostatnich klasach szkoły podstawowej już wygrywał liczne zawody i marzył o karierze sportowej. Niespodziewanie pojawiła się kontuzja kolana. Uprawianie sport stanęło pod znakiem zapytani. Dostał się do szpitala, w którym leżał bardzo długo. Poszczególne operacja nie przynosiły spodziewanego skutku. Przebywając tam zrozumiał, że nie można stawiać kariery sportowej na pierwszym miejscu w życiu. Po długim czasie leczenia i rehabilitacji, problem z kolanem minął. Za kilka lat zdobył wicemistrzostwo Polski. Rozumiał jednakże, że na pierwszym miejscu jest Bóg i jego plan. Po maturze wstąpił do seminarium.

Osoba, która cierpi i w ten sposób wypełnia wolę Bożą jest także użyteczny dla bliźnich. Choć jego zewnętrzna aktywność jest ograniczona i czasami pozostaje osamotnionym to taka osoba promieniuje duchowym światłem, które może oświecać. Przypomina mi się moja uczennica z Lublina. Podeszła do mnie po skończonej katechezie i poprosiła o znalezienie jakiejś osoby starszej lub chorej. Pragnęła ją odwiedzać, ponieważ jak mi powiedziała chciał coś uczynić dla innych. Gdy potem odwiedzała tą starszą, schorowaną osobę widziałem, że była zadowolona i szczęśliwa. Zdarzyło się też kiedyś, że zachorował mąż jednej z nauczycielek w szkole średniej. Potrzebna była krew do transfuzji. Zgłosiło się bardzo dużo uczniów – najczęściej tych, którzy sprawiali problemy w szkole.

Cierpienie jest także przygotowaniem na większe dary. Jest jakąś formą oczyszczenia. Przejmujące są słowa Ojca Leona Dehona – założyciela Księży Najświętszego Serca Jezusowego. Kiedy Stolica Święta 3 grudnia 1883 roku rozwiązała co dopiero założone zgromadzenie to on w kilka dni później napisał: „Otrzymałem ten wyroku śmierci w piękne święto 8 grudnia. Zostałem powalony na ziemię i zdruzgotany. Jaką miałem przez sobą przyszłość? Pozostało mi Kolegium św. Jana (szkoła średnia), lecz nie tutaj były moje marzenia i moje powołanie. Nie mogłem utrzymać go bez zgromadzenia zakonnego, ponieważ profesorzy kosztowaliby mnie zbyt drogo i bym ich nie znalazł. Stałbym się bankrutem. Byłem obarczony długami i bez środków. Jako zakonnik mogłem prosić o jałmużnę, jako dyrektor Kolegium nie. Bóg sam wie, ile wycierpiałem w tych dniach śmierci. Bez szczególnej łaski straciłbym rozum czy życie”. Po latach Ojciec Dehon ocenił, że to doświadczenie, zniesienie przez władze kościelne założonego zgromadzenia, było dla niego łaską. Mógł dzięki temu odbudować na nowo zgromadzenie.

W końcu sytuacja cierpienia staje się momentem obecności żywego Boga – tak jakby sam Bóg podzielił się z zaufaną osobą „swoim” cierpieniem. Ewidentnie ukazuje to historia życia św. Małgorzaty Maraii Alacoque. Doświadczona była już od dzieciństwa wieloma cierpieniami, niezrozumiałymi chorobami, zasadzkami złych ludzi, własnymi słabościami i wewnętrznymi walkami pomiędzy głosem powołania do zakonu a życiem w małżeństwie. Odkryła, że „upadki i niewierności nie zrażają Boga”, a sam Pan Jezus jej powiedział, że cierpienie i trudności są w życiu ponieważ „chcę uczynić z ciebie istotę jakby utkaną z mej miłości i moich zlitowań” oraz, że „nie będziesz miała więcej trudności w przezwyciężaniu siebie, jeżeli swoją wolę umieścisz w ranie Mego boku”. Od Pana Jezusa usłyszała: „Ten kogo chcesz poślubić to jest Bóg ukrzyżowany i dlatego musisz uczynić się podobną do Niego, a więc pożegnać się z wszystkim przyjemnościami życia, bo już nie będzie żadnej, która by nie była naznaczona krzyżem”. Można o niej powiedzieć, że jej życie w zakonie było wypełnione cierpieniami fizycznymi, psychicznymi i duchowymi. Nie sposób ich wymieniać, szczególnie, że święta z Paray szukała krzyża cierpień. Wydawać by się mogło, że było to cierpiętnictwo. Takie pozorne osądy pojawiają się jednak wtedy, gdy odrzuci się to co w jej życiu było centrum: zjednoczenie z Sercem Jezusa (ona była zafascynowana Oblubieńcem-Jezusem), z Jego cierpieniami oraz bycie powołaną do zadośćuczynienia za zniewagi jakie Boża miłość otrzymuje szczególnie w Eucharystii. „Pan mój dał mi poznać, że chce, abym podjęła cierpienia za pewne dusze, które chciałby porzucić, i że obarczy mnie ciężarem duszy odrzuconej oraz da mi odczuć udręczenie, jakiego doznaje ta dusza w godzinie śmierci”. Zrozumiałym się więc stają słowa, które napisała w dzienniku: „Pragnę umrzeć z Władcą mojej duszy, który uginał się pod krzyżem wszelkiego rodzaju obelg, boleści, upokorzeń, zapomnienia i wzgardy”.

Pan Jezus również przekazał jej także jak bardzo go boli to, że osoby Jemu poświęcone tak bardzo lekceważą Jego miłość, tak iż On musi cierpieć osamotnienie. Dlatego zaprosił Małgorzatę, ażeby codziennym życiem wynagradzała za tych, którzy odrzucają Bożą miłość „Pewnego dnia, przygotowując się do Komunii św. posłyszałam głos, mówiący mi: «Patrz, córko, na złe traktowanie, jakie mnie spotyka od tej duszy, która mnie przyjęła. Ponowiła mi ona wszystkie boleści mej Męki»”. Emerytowany papież Benedykt XVI stwierdza zatem: „Prawda i sprawiedliwość winny być ważniejsze od mojej wygody i nietykalności, w przeciwnym razie moje własne życie staje się kłamstwem. I w końcu «tak» wypowiedziane miłości jest źródłem cierpienia, bo miłość wciąż na nowa wymaga samowyrzeczenia, w którym pozwalamy się przycinać i ranić” (Spe salvi, 38).

Przyjmij powołanie

Przyjmijcie powołanie do cierpienie. Bo to przynosi owoce. Może niewidoczne. Może potrzeba, aby dzięki waszej obecności w rodzinach nauczono się szacunku i wrażliwości na chorych, cierpiących, samotnych, starszych. Może wasze ofiarowanie cierpienia w intencji bliskich, którzy mają kryzys w małżeństwie uratuje ich związek. Może pomożecie w ten sposób swoim sąsiadom. Może wyprosicie powołani z miejscowości czy parafii. Już teraz za tą waszą decyzję w imieniu wszystkich wam dziękuję. A gdy przyjdą chwile słabości i ciemności to wpatrujcie się w Matką Zbawiciela, która usłyszała prorocze słowa: „A Twoją duszę miecz przeniknie” (Łk 2, 35) Pamiętajcie, że nawet z ust Chrystusa wyszło to niepokojące pytanie: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” (Mt 27, 46). Ufajcie, że wasze cierpienie nie jest bezowocne. Mimo rodzących się uczuć nie myślcie, że jesteście bezwartościowi, zapomniani, odrzuceni. Bo gdyby tak rzeczywiście się stało z powodu ludzi to „Ja nie zapomnę o Tobie” -  mówi Bóg.