Wywiad przeprowadzony przez RSM Bełchatów, wrzesień 2011 r.
Co o sobie może powiedzieć diakon Adam Pastorczyk SCJ?
Jestem zakonnikiem – Sercaninem..., ukochanym przez Boga mężczyzną. Powołanym do służby Bogu i ludziom z religijnej i mocno wierzącej wspólnoty wiernych w Lipnicy Wielkiej na Orawie. To może tyle tytułem wstępu…
Kim księże Adamie chciałeś zostać, będąc małym chłopcem? Czy ktoś albo może coś zainspirowało Cię do podjęcia takich dziecięcych decyzji?
Szczerze powiedziawszy zdarzenia, o którym teraz wspomnę, nie pamiętam zbyt dokładnie, ale z relacji moich Rodziców wynika, że zapytany o plany na przyszłość, pracę i marzenia, odpowiedziałem kiedyś, że pragnę zostać sprzątaczem… (śmiech). Myślę, że moi kochani Rodzice, w tym względzie mnie nie wkręcają, ale ja tego zdarzenia najzupełniej nie pamiętam. Przypominam sobie jednak inne, chyba już późniejsze myśli, myśli o kapłaństwie…, ale gdy teraz sięgam do nich pamięcią, wydaje mi się, że podobne plany miała połowa moich rówieśników. Wyrażaliśmy swoje marzenia rysując na kartkach papieru księży w sutannach lub siostry zakonne w habitach… Nie było to dla nikogo niczym dziwnym, gdyż wszystkie dzieci wychowywane były w tradycyjny, oparty na chrześcijańskich wartościach, sposób…, i to chyba właśnie dlatego te piękne myśli zaczęły się pojawiać…
No właśnie, jak to było z tym powołaniem? Jak je rozeznałeś? Co Cię skłoniło do wyboru tej drogi? I dlaczego Sercanie? Z tego, co wyczytałem w Internecie, początki Twoich rozmyślań o Sakramencie Kapłaństwa biorą się w... Licheniu.
Myśl o kapłaństwie towarzyszyła mi niemalże od pierwszych dni, w których zacząłem przyjmować Boga do swojego serca. W gruncie rzeczy nie była to dla mnie myśl banalna, gdyż przywołane, licheńskie doświadczenie, wyryło się we mnie na długie lata. Jako 8-letni chłopiec, w białym tygodniu, wyjechałem wraz z moją mamą w pielgrzymce do Matki Bożej Licheńskiej – Bolesnej Królowej Polski. Wielka liczba pielgrzymów, nocne czuwanie, 13 maja 1995 roku i ja, w białym komunijnym garniturku. W kościele św. Doroty nie było już miejsca, trwało nabożeństwo… Weszliśmy jednak przed samo prezbiterium… Długa podróż, późna godzina i tłok sprawiały, że nie czułem się najlepiej. Musiała dostrzec to jedna z kobiet, być może również pielgrzymów, która wzięła mnie na swoje kolana i trzymała w ten sposób przez całe wieczorne nabożeństwo. Wtedy, chwilę po tym, gdy kapłan pobłogosławił nas Najświętszym Sakramentem, usłyszałem te cudownie brzmiące dla mnie słowa: modliłam się byś został kapłanem. Nie wiedziałem dlaczego, ale były one tak przejmujące, że nie potrafiłem o nich zapomnieć. Wpatrywałem się tylko w cudowny wizerunek Maryi i prosiłem Ją, by spełniła tę gorącą prośbę – teraz już nie tylko tej pobożnej kobiety, lecz także moją… Nazajutrz, w drodze powrotnej, w Niepokalanowie, a więc znów u Maryi, w tej intencji przyjąłem Komunię Świętą.
To wydarzenie żyło we mnie przez wiele lat. Ono również stało się dla mnie inspiracją w momencie, w którym dokonywałem konkretnego wyboru drogi życia. Wiedziałem, że pragnę zostać kapłanem i że tego chce dla mnie Bóg. Prosiłem Go jednak o natchnienie, poprzez które mógłbym w jasny sposób odnaleźć to szczególne miejsce, o którym jeszcze wtedy nie wiedziałem, że nazywa się Szkołą Bożego Serca.
Odpowiedź Boga na moją prośbę została spełniona na przestrzeni 2 tygodni, a objawiła się w natchnieniu misyjnym, którego nigdy wcześniej nie miałem i błyskawicznym znalezieniu w Internecie, tak ukierunkowanego seminarium. Do dzisiaj uważam, że założenie Internetu w naszym domu kilka miesięcy wcześniej, było błogosławieństwem samego Boga.
W ten właśnie sposób rozpoczęło się, jak powie mój nieżyjący już proboszcz, internetowe powołanie… Potem, szło już z górki, gdyż od tej pory wszystkim zamiarom i decyzjom przyświecał jasny cel… Jeszcze dzisiaj pamiętam, jak z utęsknieniem oczekiwałem momentu, w którym miałem wyjechać do sercańskiego Postulatu w Pliszczynie k. Lublina, aby tam rozpocząć swoją przygodę z Chrystusem. To pragnienie było ogromne, gdyż czułem, że tylko wtedy, po przekroczeniu tego historycznego Rubikonu, będę rzeczywiście wolnym człowiekiem, oddanym tylko Jemu. Dni mijały, a Chrystus, tydzień po tygodniu, oczyszczał mnie z moich mniej lub bardziej grzesznych przyzwyczajeń i zachowań. Wlewał w moje serce nadzieję i marzenia, pokój i pewność, że mi towarzyszy.
W końcu, 18 lipca 2005 roku przyjechałem do Postulatu i ta przygoda z Jezusem trwa aż po dziś dzień…
Opowiedz nam księże diakonie pokrótce, jak wygląda dzień przeciętnego sercańskiego seminarzysty?
Wydawać by się mogło, że jest to sprawa łatwa… Wielokrotnie słyszałem z ust moich rozmówców, że cała uwaga żyjących w seminariach alumnów skupia się na dwóch sferach: modlitwie i nauce. Nic jednak bardziej mylnego… Oczywiście są one najważniejsze, ale myślę, że gdybyśmy tylko na tym pozostali, nasze życie nie byłoby tak fascynujące. Ale do rzeczy… Otóż, wstajemy o 6. Pół godziny później cała wspólnota seminaryjna udaje się do kaplicy na Jutrznię, Mszę Świętą i rozmyślanie. W ten sposób dochodzimy do g. 8, czyli pory śniadaniowania. O 8.30 rozpoczynamy normalny tryb wykładowy, który trwa do g. 12.50. Mówię normalny, gdyż zdarzają się także wykłady po obiedzie… Po skończonych lekcjach – Modlitwa południowa, a po niej obiad. Popołudnie rozpoczynamy wspólną rekreacją, na której rozmawiamy ze sobą o tym, co już za nami podczas dzisiejszego dnia, o wspólnych zainteresowaniach, a także czytamy codzienną prasę, gramy w bilard lub inne emocjonujące gry tj. szachy. Ta nasza „zabawa” trwa do 14.30. Od tego momentu rozpoczynamy indywidualne studium, które z pół godzinną przerwą, trwa aż do samej adoracji Najświętszego Sakramentu o g. 18. Dla nas Sercanów, Eucharystia poranna i adoracja są najważniejszymi momentami, jeśli tak mogę to określić, naszego dnia… Jest to związane z naszym Założycielem, który w fascynujący nas sposób ukochał Tajemnicę Wcielenia i zalecił, abyśmy i my podążali tą samą, co on, drogą. Dalej, o 18.45 spożywamy kolację, po której udajemy się na kolejną rekreację… Oczywiście, ten czas wykorzystujemy również na wyjazdy na basen, przejażdżki rowerowe, wyjścia na salę gimnastyczną, czy boisko piłkarskie, które znajduje się wewnątrz naszych seminaryjnych murów. Następnie o 20.15 rozpoczynamy drugą część studium… Bardzo ważna w naszym seminarium jest cisza nocna tzw. silentium sacrum, która rozpoczyna się od g. 21.30 i trwa aż do śniadania następnego dnia… Oczywiście nie jest to równoznaczne z gaszeniem świateł, które ma miejsce o 22.30. To w takim telegraficznym skrócie… Warto jednak wspomnieć, że często czas studium, czy wolnych chwil, wykorzystywany jest przez alumnów do wypełniania swoich urzędów, czyli podstawowych obowiązków, bez których niemożliwym byłoby normalne funkcjonowanie naszego domu…
Dziś księże Adamie stoisz niemal u progu kapłaństwa. Za Tobą kilka lat formacji do przyjęcia tego sakramentu. Z Twojego punktu widzenia, jaki to był czas?
Intensywny…, wiele się działo i nadal dzieje. Czas, w którym dojrzewała moja decyzja o tym, że wspólnotą zakonną, do której Bóg mnie powołał są Księża Sercanie. To zdumiewające, szczególnie w kontekście historii mojego powołania, o której już powiedziałem, ale tak naprawdę to pełnia zrozumienia, że Bóg chce mnie mieć w tym, a nie innym miejscu, przyszła dopiero w pierwszym semestrze czwartego roku! Wtedy właśnie po rozmowie z moim przełożonym, ks. Magistrem Jackiem, uświadomiłem sobie, że to, czego tak bardzo szukam, a więc żywej, dynamicznej i miłosnej relacji z Jezusem Chrystusem, wcale nie znajdę u Kartuzów, czy Kamedułów, na których myśl moje serce zawsze mocniej bije, ale znajdę właśnie tu, w Zgromadzeniu Księży Sercanów…! Bo Jego Założyciel taką relacją żył…, i taką relację mi również proponuje… A ja jako jego duchowy syn, to zaproszenie przyjąłem.
Czy Twoje i Twoich współbraci przygotowania do święceń kapłańskich zaczynają powoli nabierać pełnych kształtów? Czy coraz bardziej zaczynacie zdawać sobie sprawę z tego, że tylko kilka miesięcy dzieli Was od osiągnięcia Waszego celu, spełnienia Waszych marzeń?
W ostatnich czterech miesiącach moje życie niezwykle przyspieszyło… Myślę, że Współbracia diakoni mogą to samo o sobie powiedzieć. Tak naprawdę, nie spodziewałem się tego. Taki jest jednak Bóg, który poprzez przyjęty sakrament święceń diakonatu, w sposób niewidzialny, uzdolnił mnie do posługi i głoszenia Ewangelii… W jakiś sposób odczuwam więc to, co czeka mnie już za parę miesięcy, a z drugiej strony jestem pewien, że Bóg po raz kolejny obdarzy mnie taką łaską, o której nie śniłem, której nie mogę sobie nawet wyobrazić. I to będzie dopiero początek… Modlę się zatem każdego dnia, by Bóg pozwolił mi rozpoznać charyzmat kapłaństwa, którym mnie szczególnie obdarzy w dniu święceń kapłańskich, tak abym umiał realizować Jego świętą misję.
W dzisiejszych czasach trudno być kapłanem. W naszych rozmowach przewinął się wątek czasami niemal obsesyjnej nienawiści, jaką niektórzy ludzie darzą osoby duchowne, stąd po iluś latach przygotowań do kapłaństwa nieciężko jest wpaść w „duchowy dołek”. Czy Ty księże również przeżywałeś kryzysy w trakcie seminaryjnej formacji? Jak sobie z nimi radziłeś? Czy masz jakąś receptę dla tych, którzy być może wahają się i nie wiedzą, co mają dalej zrobić ze swoim powołaniem do służby Bogu?
Wspomniałem już, że dopiero na czwartym roku w pełni rozpoznałem Boży plan. Zrozumiałem wtedy, że Bóg pragnie, bym został Sercaninem… Wspomniałem również o zakonach Kartuzów i Kamedułów… To z tymi wspólnotami, jeśli tak można powiedzieć, związany był „kryzys” mojego powołania. Ja jednak po tym, co doświadczyłem, co przeżyłem na pierwszych trzech latach formacji, przestałem używać tego terminu. Jestem przekonany, że bardziej właściwym słowem jest „oczyszczenie”. Gdyby nie ono, nie rozpoznałbym prawdziwego skarbu, który już dawno odnalazłem, a którego wciąż nie widziałem… Chciałem pójść do Kartuzów lub Kamedułów, ponieważ uważałem, że tam jest mój skarb… Potrzeba było jednak wielu godzin spędzonych w pokorze przed Najświętszym Sakramentem… Potrzeba było wielu rozmów z wychowawcami i ojcem duchownym, którzy bardzo łagodnie, a z drugiej strony zdecydowanie odrzucali plewy od prawdziwego ziarna… Chyba nie ma innej recepty…
A jeśli chodzi o pierwszą część pytania, to muszę przyznać, że w swoim krótkim życiu szyderstw, obelg i złośliwości, z powodu wyznawanej wiary w Jezusa Chrystusa już trochę doświadczyłem… Wydaje mi się, że czasami sam się o to prosiłem, bo szedłem w takie miejsca, w których strój kapłański i koloratka mocno paliły w oczy… Jednakże z całą szczerością tego, co mówię: nie ma większej radości i szczęścia nad te, które człowiek znajduje w służbie Bogu i drugiemu człowiekowi ze względu na Boga. Nie dziwi mnie zatem radość, która towarzyszyła zelżonym i ubiczowanym Apostołom odchodzącym sprzed Sanhedrynu… Oni wiedzieli, że to wszystko znoszą ze względu na Imię Jezus…, i to im wystarczyło. Dlatego dzisiaj chcę jeszcze raz głośno zawołać: warto, warto dla Imienia Chrystusa poświęcić swoje życie...!
Porozmawiajmy teraz trochę o Twojej praktyce duszpasterskiej w naszej parafii. Jak w ogóle podoba Ci się Bełchatów? Wiemy, że ani my, ani Ty nie masz na to wpływu, ale czy chciałbyś w przyszłości jako kapłan pracować w bełchatowskiej placówce Księży Sercanów?
Praktyka diakonatu w Bełchatowie była spełnieniem moich marzeń… Już w kwietniu dzieliłem się tym pragnieniem z moimi znajomymi…, a potem stało się to faktem! Teraz, gdy doświadczyłem życzliwości ze strony moich Współbraci, ciepła od Ruchu Sercańskiej Młodzieży i innych grup parafialnych, a także spontanicznie przychodzących do mnie pojedynczych osób, nie mogę nie pragnąć tutaj przyjechać…, już w roli wikariusza… Ale jak słusznie zauważyłeś, nie do mnie należy decyzja… Zostawiam ją Bogu, bo On najlepiej wie, w którym miejscu najbardziej będę Mu potrzebny.
We wrześniu wiele działo się w naszej parafii, czego świadkiem obok nas, mieszkańców os. Dolnośląskiego, byłeś również i Ty. Co najbardziej utkwi w Twojej pamięci po tej miesięcznej praktyce?
To, co zwykle człowiek najbardziej zapamiętuje związane jest z emocjami, głębokim wzruszeniem, czy autentyczną radością… Tak jest i w moim przypadku… Może powiem o dwóch wydarzeniach… Pierwszym bez wątpienia jest to, co dokonało się 4 września, a mianowicie modlitwa wstawiennicza i uwolnienie Kasi od sześciu duchów świata. Przez długi czas tej błagalnej modlitwy płakałem… Klęczałem i płakałem… Widziałem, jak bardzo cierpi to Boże dziecko… Dzięki Najdroższej Krwi Pana Jezusa i Maryi z Guadalupe została uwolniona, a ja odkryłem w sobie nowe powołanie… – powołanie do świadczenia o wartości czystego serca, czystych myśli, do walki z grzesznymi przyzwyczajeniami… Dlatego zachęcam każdego człowieka, by stał się, jak kryształ…, przez, który ludzie dostrzegą samego Boga! Proszę, żyjcie bez grzechu… Bądźcie czyści! Bo święty jest nasz Pan…
A drugim, też bardzo wzruszającym wydarzeniem było spotkanie młodej osoby, której powiedziałem, że „nie widziałem jeszcze nikogo, kto by z taką miłością patrzył na Eucharystię…, kto by tak kontemplował Boga”. Zawsze jestem wzruszony, gdy spotykam tak uduchowione osoby…, bo dzięki nim, po raz kolejny w białym kawałku chleba, spotykam Boga…
Księże diakonie, jednym z Twoich zadań podczas praktyk była katechizacja w bełchatowskich szkołach o różnych stopniach. Nie będę pytać, gdzie prowadziło Ci się lekcje religii najłatwiej, bo odpowiedz wydaje się być dość oczywista... Dlatego zapytam, z kim praca wydaje Ci się być najciekawsza i najbardziej inspirująca – z dziećmi ze szkół podstawowych, gimnazjalistami czy też licealistami?
Dobre pytanie… Trudno mi na nie odpowiedzieć bez zamyślenia się nad nim, gdyż odczuwam w sobie rozdarcie. Moja natura skłania mnie zawsze ku ambitniejszym zadaniom, takim, które wymagają większej determinacji, wysiłku, poniesionych kosztów… Z doświadczenia, które zdobyłem zarówno w Bełchatowie, jak i w Lublinie, czy Dobczycach muszę przyznać, że najbardziej inspirującą i ciekawą była praca z licealistami. Było to możliwe tak naprawdę dzięki nim…, dzięki ich szerokim zainteresowaniom i chęci zdobywania wiedzy. Natomiast mnie dodatkowo kręci praca z trudniejszą młodzieżą, tą z tzw. zawodówek… I pomimo, że nie są to łatwe klasy, to jednak chciałbym w przyszłości z nimi pracować, bo oni bardzo tego potrzebują… Jeśli o nich zapomnę, oni mogą na zawsze zapomnieć o Bogu…
Czas w końcu zapytać o sam bełchatowski Ruch Sercańskiej Młodzieży. Idzie z nami wytrzymać?
To się okaże za rok… (śmiech) A tak na serio, to jestem pod wrażeniem waszej otwartości, spontaniczności i młodzieńczej fantazji, w którą próbowałem się wkomponować… Dostrzegłem również, że w RSM-ie nie brakuje przyjacielskich relacji…, które dodatkowo ożywiają waszą grupę.
Hasłem, które przyświeca naszemu RSM-owi w nowym roku formacyjnym jest jedność. Ty, księże Adamie oraz Twoi Współbracia, zwłaszcza Ci z jednego roku, tworzycie jedną wspólnotę zakonną, wspólnotę ludzi całkiem podobną do naszej wspólnoty, jaką jest RSM. Przebywacie ze sobą, modlicie się razem, spożywacie wspólnie posiłki i tak od kilku lat. Czy czasami nie macie już dość swojego towarzystwa? Jak dbacie o jedność i dobrą atmosferę w Waszej wspólnocie?
Gdy myślę o jedności, zawsze czynię to w kontekście Jezusowej modlitwy, w której prosił Ojca, by Jego wyznawcy stanowili jedno. Jeżeli Jezus o to się modlił, to znaczy, że jedność była dla Niego czymś priorytetowym! Dzisiaj jest podobnie, bez jedności jesteśmy zgorszeniem dla tych, którzy jeszcze nie wierzą w Chrystusa…
Czy czasami mamy już dosyć swojego towarzystwa? Oczywiście… Jesteśmy ludźmi i czymś normalnym jest to, iż potrzebujemy czasami odpoczynku od siebie, a z drugiej strony, tak przyzwyczailiśmy się do siebie, że po dłuższej rozłące czegoś nam jednak brakuje… Brakuje, bo to jest nasze życie! Bo każdy z nas wie, że do tej, a nie innej wspólnoty został powołany i akceptuje ją taką jaka jest. Ta akceptacja jeden drugiego, pomimo różnicy charakterów, zdań, pomysłów, jest chyba najważniejsza… Dopiero później, gdy zaakceptujemy drugą osobę, taką jaką ona jest, z całym bagażem jej doświadczenia, cnót i wad, dobrych i grzesznych czynów, może zrodzić się miłość. To jest fundament, który dodatkowo umacnia Chrystus, gdy razem modlimy się do Ojca w Jego Imię.
Wraz z naszym Ruchem Sercańskiej Młodzieży i całą naszą parafią chcemy się też pochylić w najbliższym roku nad pojęciem ewangelizacji. Tobie to słowo nie jest obce, zwłaszcza po ostatnich wakacjach, gdyż miałeś okazję uczestniczyć w Przystankach Jezus i Woodstock. Powiedz krótko, jak wyglądała Twoja ewangelizacja w trakcie tych imprez? Czy masz jakieś cenne wskazówki, jak dobrze i skutecznie głosić Dobrą Nowinę o Bogu, zwłaszcza wśród ludzi młodych, których życie czasami nie ma większego sensu?
Wyjazd na Przystanek Jezus i Przystanek Woodstock potraktowałem jako Boże zaproszenie do pracy w ewangelicznej winnicy. Najważniejszą dla mnie motywacją nie była więc sama atmosfera Woodstocku, grana tam muzyka, ale był nią drugi człowiek! Od samego początku pragnąłem, by bez względu na to, jak będzie wyglądał, czy będzie pił wódkę, czy jarał trawę, zaakceptować jego człowieczeństwo… To była podstawa ewangelizacji! Drugim fundamentem, było skrócenie dystansu... Poprzez to stawałem się dla nich kimś bliskim, a nie kimś odległym, osobą która z góry narzuca zasady gry. Często bardzo się dziwili, że potrafiłem być dla nich, tak bardzo bezpośredni. Dopiero na tej bazie mogłem budować obraz Chrystusa, którego spotkałem w swoim życiu… Obraz Chrystusa, którego spotkałem – tylko to ich interesowało! Nie, znane nam od urodzenia utarte schematy mówienia o Bogu, nie wyuczone formuły, ale żywy przykład, żywe słowo… Ty spotkałeś Boga? Wow! Opowiedz mi o Nim…, ja też chcę Go spotkać! A potem Ewangelia się działa, po prostu się działa!
Na koniec kilka nieco bardziej osobistych pytań. Czym księże Adamie się interesujesz? Podobno jesteś wielkim pasjonatem sportu i... II wojny światowej.
Niektórzy z moich znajomych mówią mi, że mam wszystkie tabele i wyniki w głowie… i coś w tym rzeczywiście jest. Uwielbiam sport, jakikolwiek by on nie był – od curlingu po narciarstwo alpejskie i od skoków z wieży po piłkę nożną… Oczywiście nie jest to tylko bierne zainteresowanie… Sam bardzo lubię grać w siatkówkę, koszykówkę, wspomnianą już piłkę nożną oraz jeździć na rowerze. Jeśli chodzi o II wojnę światową, to muszę przyznać, że jest to moje najnowsze hobby, a wszystko dzięki książce: „Operacja Walkiria”, dla której, zupełnie straciłem poczucie czasu… (śmiech).
Księże Adamie, masz tak spokojną i przyjazną osobowość, o jakiej niejedna osoba mogłaby pomarzyć. Czy jest może coś, co potrafi Cię wyprowadzić z równowagi?
Nigdy o tym nie myślałem… Znam jednak siebie wystarczająco dobrze, aby stwierdzić, że ludzka obłuda, fałszywa przyjaźń, czy manipulacja bezbronnym człowiekiem, sprawiają, że w moich żyłach płynie krew pod większym ciśnieniem…
Jakie jest największe marzenie dk. Adama Pastorczyka SCJ jako przyszłego kapłana?
Chciałbym stać się „alter Christus” – drugim Chrystusem…
Ostatnie pytanie… Czego możemy Tobie, księże Adamie, życzyć?
Wierności…


Zobacz nasze filmy




